Renata Markowska
Do trzech razy sztuka
Novae Res 2015
s. 299
978-83-8083-008-0
Cena: 32,00 zł
Wyzwania:
+ Przeczytam tyle,
ile mam wzrostu 2015 (+ 2 cm)
+ 52 książki 2015
Ocena: 2/10
~*~
Co może się stać, gdy zamyśloną marzycielkę uratuje przystojny chłopak?
Dodajmy, że ta marzycielka pochodzi z zamożnej rodziny i ma wszystko –
oprócz miłości… a jej przystojny wybawiciel to troskliwy syn opiekujący się schorowaną matką, którego największym, bo jedynym bogactwem jest kochająca się rodzina?
„Do trzech razy sztuka” to pełna nadziei i radości opowieść o tym, że droga do szczęścia nie jest prosta, a w życiu najważniejsza jest miłość, przed którą nie da się uciec i o której nie da się zapomnieć…
~*~
Do trzech razy sztuka to historia o nastoletniej miłości oraz
trudnych relacjach z najbliższymi. Autorka poruszyła w niej wiele aspektów,
także status materialny, do którego dużą uwagę przykłada rodzina głównej
bohaterki, Marii. Aż do czasu… Wszystko byłoby okay, gdyby autorka dobrze to opisała...
W sumie nie wiem od czego mam
zacząć, bo książka ma naprawdę wiele wad. Może rozpocznę od najbanalniejszej
rzeczy, czyli okładki – co tu ukrywać, przy wybieraniu lektur kieruję się
(pewnie Wy także) nie tylko opisem danego tytułu, ale również i szatą
graficzną. Okładka przyciągająca wzrok to połowa sukcesu, a często staje się
jakoby impulsem kupna danego tytułu – nawet wtedy, kiedy opis nie do końca do
nas trafia. W tym przypadku i opis, i szata zwiastowały na naprawdę fajną,
lekką, młodzieżową lekturę, przy której moje serce zabije mocniej. Lecz kilka
pierwszych zdań pozbawiło mnie złudzeń. Język momentami woła o pomstę do nieba,
tak jak przedstawione wydarzenia i kreacja bohaterów. Przemyślenia Marii są… po
prostu śmieszne, żeby nie powiedzieć żenujące.
Jako rasowy kot z gracją załatwia się na piasku. [1]
Nigdy nie miałam kota i nie wiem
jak koty załatwiają swoje potrzeby, ale trudno mi sobie wyobrazić „style” w
jakich zwierzaki robią np. siusiu. Możecie sobie tylko wyobrazić minę, gdy
trafiłam na to zdanie – pewnie była bezcenna (jak w reklamach kart Master
Card).
Siedziały na ławeczce […] jesienne słoneczko […] chmurki. [2]
Pewnie zastanawiacie się, co
łączy te wyrazy? Już spieszę z odpowiedzią: zdrobnienia. Bardzo rzadko trafiam
na tego typu zjawiska, a jeśli już to są one użyte w sytuacjach, gdzie
pojawiają się dzieci, ale pierwszy raz spotykam się z tym w książce dla młodzieży.
Zazwyczaj stosuje się je m. in., kiedy opisujemy jakąś rzecz bądź po prostu
chce się podkreślić ciepły stosunek do np. do bliskiej nam osoby. Poczułam się jak
przedszkolak, który czyta książką dla dzieci. W tym przypadku nie mam pojęcia
po co autorka zastosowała je - „ławeczkę” jeszcze zrozumiem, bo może w ten
sposób p. Renata chciała podkreślić jej wielkość, to słoneczko i chmurki już
nie bardzo (no dobra chmurki także, ale słońce to słońce. Kropka).
Ptaki kwiliły, jedne w poszukiwaniu pożywienia, a inne po prostu śpiewały
i swoim rozbrajającym głosem umilały Marii czas. [3]
Nigdy nie spotkałam się ze
stwierdzeniem, że ptaki kwilą… Jak widzę słowo „kwili”, to od razu staje mi
przed oczami obraz niemowlęcia, któremu coś dolega. A poza tym czy ptaki mogą
mieć rozbrajający głos? Bo ja jakoś… tego nie czuję.
[…] St. Witkiewicza czy J. Matejkę. [4]
Ładnej (moim zdaniem) wyglądałoby
rozwinięcie inicjałów tych wielkich artystów bądź zostawienie samych nazwisk.
Ogarnięty czytelnik na pewno będzie kojarzył Witkiewicza i Matejkę.
Matka ucałowała ją tylko w policzek na pożegnanie i powiedziała, że
zadzwoni. Krystyna (matka bohaterki – przyp. Dzosefinn) nie odezwała się ani słowem, stała w drzwiach
i patrzyła, jak córka odjeżdża w strugach deszczu. [5]
To jak to w końcu z tą matką
było? Niedoprecyzowanie = chaos = tragedia.
Słońce smażyło wszystkich przebywających na plaży na rumiane kotlety.
[6]
Gratuluję autorce wyobraźni. Ja
bym nie wpadła na takie porównanie. Może nie chciała używać popularnej „patelni”
dlatego wyskoczyła z kotletami? Jeszcze mogły być ewentualnie „skwarki”. W
sumie co za różnica, nie? Przy niektórych zwrotach po prostu opadały mi ręce, a
przy innych pojawiały się znaki zapytania – „co?”.
Kolejną rzeczą są wydarzenia i
fakty, które czasami wyskakują jak Filip z konopi – to także nadwyrężyło moją
cierpliwość do tego tytułu. Ale to niestety nie wszystko… Zdziwiła mnie scena z
wątkiem szpitala. Nie przesiedziałam w szpitalach całego życia, ale jednak
trochę się o niego otarłam i nie miałam sytuacji, kiedy to lekarz nie poinformował
mnie o stanie mojego zdrowia, czy przypuszczeniach „co może mi dolegać”. A może
trafiałam na w miarę ogarniętych specjalistów?
Różne bywają relacje w domu,
czasami lepszy kontakt ma się z mamą, a niekiedy z tatą. Zazwyczaj, kiedy mamy
jakiś problem sercowy, czy natury kobiecej to często kierujemy się raczej do
mamy. Bo to w końcu mama – co by nie było kobieta, która powinna zrozumieć
nasze rozterki. Do taty idziemy, gdy stykamy się z problemami bardziej
technicznymi – rzadko porusza się przy nich tematy - jakby to określić –
intymne (oczywiście chodzi mi tu o punkt widzenia dziewczyny, bo chłopaki to
raczej zwierzają się ojcom, chociaż wydaje mi się, że równie często zwracają
się także do mam). Tutaj Maria, miała trudne relacje z matką, dlatego swoje
sprawy kierowała do taty. W tym także sercowe. Ja nigdy bym nie zwierzyła się
mojemu tacie ze swoich uczuć odnośnie jakiegoś faceta. Nie przeszkadzała mi ta
sytuacja, ale sposób jej przedstawienia. Dywagacje bohaterki odnoście tego
tematu były na poziomie podstawówki, a nie liceum. Zresztą ogólnie nie podobało
mi się przedstawienie przemyśleń bohaterów – to znaczy sposób ujęcia ich w
historii (a raczej ich brak) – autorka potraktowała je jako dialogi, co
naprawdę utrudniało lekturę.
Bohaterowie oraz większość akcji
(jeśli nie cała fabuła) była bardzo sztuczna. Nie uwierzyłam w ani jedno słowo
autorki, a dialogi… przeciętne, suche, bez polotu, czasami też ładu i składu.
- Zawsze zastanawiałem się kto mieszka w tak niezwykłym domu.
Wyobrażałem sobie, że to zamek i zamieszkuje w nim piękna księżniczka. –
Uśmiechnął się. – I nie myliłem się… [7]
Pierwsze co pomyślałam to „co za
bajer, która normalna dziewczyna by w to uwierzyła”. Jeszcze jakby to był żart,
ale bohater… on tak na serio. A Maria uwierzyła. Serio.
I przechodzę chyba do najgorszego
fragmentu tej książki. Oszczędzę Was i nie przytoczę tego w całości, ale te
kilka zdań będziecie musieli przeżyć. Chodzi mi tu o scenę seksu. Autorka
pokazała nam… jak NIE opisywać scen zbliżeń. Zazwyczaj nie mam z nimi problemu,
ale muszą być one napisane ze smakiem. Po prostu trzeba je ująć tak, aby nie wywoływały
wymiotów, nie wzbudzały politowania, ani tym bardziej żenującego śmiechu. Ja
nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Chyba było to najgorsze, co mnie
mogło w tej historii spotkać…
Patrzył na jej nagie szczupłe ciało i rozpierała go pożądliwość. [8]
???
Jego ręka powędrowała w dół i znalazł ujście. [9]
????
[…] Marię aż podniosło do góry z podniecenia. [10]
Dałam ten fragment mojej
przyjaciółce do przeczytania i stwierdziła, że już w Harlequinach (Desire) sceny
seksu są bardziej dopracowane i porywające. Pozwólcie, że ja tego nie
skomentuję.
Momentami po prostu nie mogłam
tego czytać, lecz pocieszałam się tym, że im szybciej ją skończę, tym lepiej
dla mnie. Przykro mi to wszystko pisać, ale taka jest prawda – Do trzech razy sztuka to porażka 2015
roku. Była to dla mnie mordęga, a czytanie jej wywoływało we mnie mnóstwo
różnych reakcji: śmiech, irytację, złośliwość, a przede wszystkim czarną
rozpacz. Może pomysł i był, ale wykonanie fatalne. W sumie nie oczekiwałam od książki
wiele – tylko tego, by była przyjemna, napisana jakimś sensem i lekka. I nawet
tego nie spełniła…
Podsumowując: Do trzech razy sztuka to porażka. Nie
tylko językowa, ale także kreacji bohaterów. Jak otoczenie można przetrawić, to
reszty już niekoniecznie. Tak naprawdę nic w niej dobrego nie było, oprócz
pomysłu autorki. Czasami same chęci to za mało, przydałaby się szczypta tego „czegoś”
co przyciąga czytelników do książki, jak pszczoły do miodu. Tu tego zabrakło.
~*~
Za możliwość recenzji
dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res
___
[1] Renata Markowska, Do trzech razy sztuka, Gdynia 2015, s. 23.
[2] Tamże, s. 79-80.
[3] Tamże, s. 83.
[4] Tamże, s. 211.
[5] Tamże, s. 212.
[6] Tamże, s. 23.
[7] Tamże, s. 32.
[8] Tamże, s. 169.
[9] Tamże.
[10] Tamże.