
Odkąd zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem, skrycie marzyłam o tym, aby wyjechać na targi książki z tzw. „prawdziwego zdarzenia”. Co tu ukrywać, Salon Ciekawej Książki, który organizowany jest co roku w moim rodzinnym mieście (to znaczy w Łodzi), nie dorównuje jeszcze do tych, odbywających się w Krakowie czy w Warszawie (i jeszcze trochę czasu upłynie zanim wyrobi sobie taką renomę jak te organizowane w wymienionych przeze mnie miastach). W tym roku (i po raz drugi) dopisało mi szczęście i mogłam uczestniczyć w kolejnej edycji, już ósmej, Warszawskich Targów Książki (WTK), które miały miejsce od 18 do 21 maja na Stadionie Narodowym. W ubiegłym roku nie miałam takiego uczucia, jakie pojawiło się po tych targach. Byłam na nich tylko w sobotę i czuję lekki niedosyt. Że za krótko. W niedzielę rano, tj. 21 maja, miałam ochotę wsiąść do pociągu do Warszawy i jeszcze raz odwiedzić PGE Narodowy. Na szczęście zakwasy, których (o dziwo!) nabawiłam się w sobotę szybko sprowadziły mnie na ziemię.